Liechtenstein / San Marino

W tym roku postanowiliśmy połączyć krótki urlop z zawodami F3A w Liechtensteinie i San Marino.

Ponieważ chcieliśmy zrobić przed zawodami kilka lotów na lotnisku w Liechtensteinie wyjechaliśmy już w czwartek po południu. Po noclegu w okolicach Berlina i kilkugodzinnej jeździe w piątek, na lotnisku znaleźliśmy się wczesnym popołudniem. W sam raz aby zdążyć zapisać się na listę i zrobić po dwa loty. Po sprawdzeniu na liście startowej okazało się, że wykonujemy obaj pierwsze loty w sobotę, a drugie w niedzielę. Pozostało tylko pytanie o pogodę. Cały czas na zmianę padało i świeciło słońce. Na lotnisku panowała względna cisza, poza momentami kiedy zrywał się bardzo silny wiatr przed burzami. Ale już na wysokości 150 m wiał potężny wiatr i to dokładnie „w plecy”. Czyli jak co roku loteria pogodowa w Liechtensteinie. Można trafić idealnie, można na wiatr, albo na słońce prosto „w oczy”.

My w tym roku mieliśmy zmienne szczęście. Nie trafiliśmy za dobrze, ale też nie w najgorsze momenty.

Do zawodów zgłosiło się 54 zawodników.

Oczywiście jak co roku zawody wygrał Roland Matt, przed swoim ojcem Wolfgangiem. Trzeci był Gerhard Mayr z Austrii, a czwarty co było dla nas szczególnie miłe Patrick Drack ze Szwajcarii latający naszym Prestige.

To co najbardziej rzuca się w oczy podczas oglądania lotów to niesamowicie wyrównany poziom. W tej chwili praktycznie wszyscy zawodnicy dysponują porównywalnym sprzętem, bardzo wysokiej jakości. O zajętym miejscu decydują bardzo niewielkie różnice punktowe. Do tego dochodzi trochę loteryjny system rozgrywania zawodów, gdzie liczy się tylko jeden z dwóch lotów wykonywanych przed różnymi komisjami.

Analizując nasze loty na tych zawodach trudno o jednoznaczne wnioski. Patrząc na zajęte miejsca to zdecydowanie najgorszy nasz występ w ciągu pięciu lat uczestnictwa w tych zawodach. Ale patrząc na zdobyte punkty polecieliśmy lepiej niż w zeszłym roku, w którym byłem w klasyfikacji o 23 miejsca wyżej, przy czym wynik zwycięzcy, wg którego określany jest poziom 1000 był bardzo podobny. Po prostu zrobiło się bardzo ciasno na liście.

Dowodem na to jest drugi, bardzo dobry lot Krzyśka. Wszystkie figury oceniane były na 7-9, z przewagą ósemek. Niestety tuż przed korkociągiem wiatr zmienił kierunek. Krzysiek chcąc zrobić korkociąg na środku strefy, wszedł do niego bez pełnego zatrzymania modelu. Skutkiem tego była ocena zero u wszystkich sędziów. Dalsze figury znowu oceniane były głównie na 8. Jak się okazało błąd ten kosztował Krzyśka spadek o 20-25 miejsc, przy założeniu że dostał by za korkociąg oceny na poziomie pozostałych figur.

W sobotę po lotach zawodniczych Patrick Drack testował nasz najnowszy model. To oczywiście Prestige, ale ze zmienionymi skrzydłami i statecznikami. Model został skończony na kilka dni przed wyjazdem i był tylko wstępnie wyregulowany. Zabraliśmy go tylko aby zebrać opinie zawodników. Oczywiście startowaliśmy starymi modelami. Po locie Patricka wszystko było jasne. Udało nam się usunąć najistotniejszą wadę Prestige, czyli nie najlepszą autorotację. Stary Prestige, aby zrobić idealną autorotację wymaga bardzo precyzyjnego ustawienia wychyleń sterów, nowy ustawiony „na oko” robi ją bardzo łatwo i precyzyjnie.

Co najistotniejsze nie popsuliśmy przy tym stabilności lotu z której Prestige jest znany.

W tej sytuacji decyzja o użyciu nowych skrzydeł i stateczników w następcy Prestige, którego wprowadzenie planujemy na 2009 rok jest praktycznie przesądzona.

 








 
 
 

Po zakończeniu zawodów i krótkich pokazach udaliśmy się w 600 km podróż do Włoch, gdzie mieliśmy zarezerwowany hotel w Rimini. Znajduje się tam lotnisko modelarskie lokalnego klubu, na którym mogliśmy trenować dzięki uprzejmości Massimo Selvy.

 

 



 

Po tygodniowym wypoczynku od piątku rozpoczęliśmy treningi i zawody na lotnisku w San Marino.  Znajduje się ono na zboczu góry, z przepięknym widokiem na wybrzeże Adriatyku.

Wprawdzie w czasie całych zawodów wiał tam dość silny wiatr „od morza”, ale jak się okazało był on bardzo równy, pozbawiony większych turbulencji.

Dużo bardziej tym, którzy wylosowali starty w godzinach rannych (np. ja z numerem 1) przeszkadzało słońce świecące prosto w oczy, zasłaniane specjalną paletką na statywie od mikrofonu.

I znowu potwierdza się mój wniosek o wyrównaniu poziomu zawodników. Generalnie byliśmy zadowoleni z wykonanych lotów, ale zajęte miejsca mogły by być lepsze. Ostatecznie zajęliśmy 13 (ja) i 15 (Krzysiek) miejsce. Co jest znamienne różnica pomiędzy 15 a jedenastym miejscem to ok. 6 punktów odniesionych do 1800. Myślę, że gdyby nie mój pierwszy numer startowy (jak zauważyłem, sędziowie zawsze potrzebują czasu aby „się rozgrzać” i pierwsze loty sędziują ostrzej) i trochę więcej szczęścia mogliśmy być sporo wyżej.

Całe zawody wygrał pewnie i zasłużenie Gerhard Mayr, przed zawodnikiem gospodarzy Massimo Selvą i Nickiem Schadlerem z Liechtensteinu.

Niezapomniane wrażenia z tych zawodów dodatkowo zapewniła wystawna kolacja zjedzona w sobotni wieczór w towarzystwie Regenta San Marino Williama Terrenzi.

Po zakończeniu zawodów natychmiast wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Tak się złożyło że musieliśmy być w Łodzi w poniedziałek rano. I to nam się udało. Pokonaliśmy 1500km trasę w 15 godzin i o 6 rano zakończyliśmy ten wyjazd.