Mistrzostwa Europy w Szwajcarii

 

 

Mistrzostwa te były najważniejszą imprezą F3A, jaka w tym roku została rozegrana. Nic więc dziwnego, że postanowiliśmy przygotować się do nich bardzo poważnie. Rozpoczęliśmy od tygodniowego urlopu nad morzem, gdzie korzystając z uprzejmości kolegi Sałama i lotniska koło Kamienia Pomorskiego „na spokojnie” trenowaliśmy i regulowaliśmy modele. Po powrocie do Łodzi mieliśmy w planach regularny, dość intensywny trening, który w rezultacie miał dać szczyt formy na Mistrzostwa. Niestety, jak to zwykle bywa los okazał się złośliwy. Wszystko szło zgodnie z planem do dnia w którym bez żadnego ostrzeżenia w modelu Krzyśka przestał działać odbiornik. Po kilku sekundach z perfekcyjnie wyregulowanego modelu pozostały tylko stateczniki. Przyczyny tej awarii nie poznaliśmy do tej pory. Po wypadku znowu wszystko funkcjonowało prawidłowo, zasilanie dochodziło do odbiornika, dwoma niezależnymi źródłami, żaden przewód czy styk nie był uszkodzony. Najprawdopodobniejsze przyczyny zaniku łączności to „zimne lutowanie” w odbiorniku albo zakłócenie spowodowane przez moduł zapłonowy.

Wypadek ten spowodował konieczność zmian modeli, którymi Krzysiek będzie latał na Mistrzostwach. Przystąpiliśmy do ich szybkiego przygotowania. Oczywiście nieszczęścia chodzą parami, straciliśmy kilka dni na walkę z silnikiem, który cały czas nie miał pełnej mocy. W końcu znaleźliśmy przyczynę, nagar w rurze rezonansowej.

Pozostały nam trzy dni, a przed nami konieczność wprowadzenia zmian w regulacji modelu, tak by odpowiadał dokładnie modelowi rozbitemu. Mam wrażenie, że nie do końca nam się to udało. Jak się okazało przepłaciliśmy ten „wyścig z czasem” znacznym spadkiem formy.

Po takiej „walce” w końcu wyjechaliśmy do Szwajcarii. Dotarliśmy na miejsce na dwa dni przed zawodami. Trening prowadziliśmy wspólnie z zawodnikami niemieckimi, czeskimi i belgijskimi.

W pierwszy dzień zawodów spotkało nas niemiłe zaskoczenie. Od samego rana padał gęsty deszcz. Krzysiek i ja mieliśmy wylosowane loty rano. Nigdy nie lataliśmy jeszcze przy takiej pogodzie, po prostu ulewa. Obaj zrobiliśmy loty bez większych błędów, ale pozostawiające sporo do życzenia jeśli chodzi o płynność i dokładność. W sesji południowej dobry lot zaliczył Piotr Świderek. Drugiego dnia my lecimy wieczorem, trochę obawiamy się zmiany pogody, bo o tej porze słońce wchodzi w strefę lotów, ale obawy te są zbędne –leje jeszcze mocniej niż pierwszego dnia, a do tego wieje porywisty wiatr. Pogoda w czasie naszych lotów nie zmienia się również trzeciego dnia. Dopiero czwarty dzień pozwala nam polecieć przy suchej pogodzie. Chyba mieliśmy dużego pecha, trzy loty w ulewie oprócz nas zaliczyło jeszcze tylko kilku zawodników. W połączeniu z nerwami przed imprezą i chyba (co widzę z perspektywy czasu) źle ustawionego planu treningów, który zaowocował szczytem formy dwa miesiące za wcześnie, obaj zaliczamy występ dużo poniżej własnych oczekiwań.   Trzeci z naszych reprezentantów wykonał cztery w miarę równe loty co dało mu 38, czyli najlepsze z naszej ekipy miejsce.

Trzeba jednak stwierdzić, że poziom lotów, który mieliśmy okazję obserwować, był bardzo wyrównany. Praktycznie nikt nie latał słabo.

W czasie Mistrzostw było kilka nieoczekiwanych rezultatów młodych zawodników. Gerhard Meyr z Austii zajął zasłużenie czwarte miejsce, pokonując wielu sławnych i utytułowanych zawodników, bardzo udany występ zaliczył 17-to latek z Czech, Frantisek Pokorny.

W pierwszej trójce walka o tytuł rozegrała się pomiędzy CPLR, a Rolandem Mattem. Jeszcze raz zwyciężył CPLR. Muszę przyznać, że kolejność jaka była w finale w pełni odpowiadała naszym odczuciom co nie zdarza się zbyt często na zawodach. Brawa dla sędziów.

Wielkie podziękowania należą się organizatorom, którzy dołożyli wszelkich starań by impreza wypadła jak najlepiej i pomimo fatalnej pogody w pełni im się to udało.

Od strony technicznej widać większe zróżnicowanie modeli. Sytuacja z przed kilku lat gdy 70% modeli wyprodukowanych było przez dwie firmy to już przeszłość.

Coraz więcej modeli napędzanych jest silnikami elektrycznymi (Hacker, Plettenberg, AXI).

Myślę, że było to ok. 60% modeli. Reszta zawodników używała Yamady 160 i 170DZ.

Silniki dwusuwowe to zdecydowana mniejszość (kilka OS-ów i SM Krzyśka).

Styl w jakim wykonywane są programy, też różnił się w zależności od zawodnika. Ale jak widzieliśmy obserwując loty i ich wyniki, nie jest tak istotna prędkość lotu, czy prędkość wykonywania akcentów, ale utrzymanie ich na stałym poziomie podczas programu. I chyba to zadecydowało o naszych niskich lokatach. Po prostu niezależnie od fazy lotu, czy położenia modelu musi on lecieć z identyczną prędkością, a wszystkie beczki i ich fragmenty muszą być takie same.