Mistrzostwa Świata 2005

 

Najważniejszą imprezą w której braliśmy udział w tym sezonie były Mistrzostwa Świata w Saint Yan we Francji. Wyjazd na nie poprzedziły bardzo intensywne treningi (praktycznie co dzień przez ostatnie dwa tygodnie). Tak więc wierząc w dobre przygotowanie i niezawodny sprzęt w bojowym nastroju zapakowaliśmy nasze Vito (kolejny rekord pobity: cztery osoby, cztery samoloty, wszystkie bagaże, depronowiec i jeszcze dwa zestawy Prestige zamówione przez kolegów).

 Ponieważ postanowiliśmy trochę odpocząć przed zawodami do Francji pojechaliśmy już w piątek. Jacek i Piotr mieli dojechać później.

Na miejscu czekała nas mila niespodzianka. Domek który wynajęliśmy sąsiadował z lotniskiem miejscowego aeroklubu , które było jednym z lotnisk treningowych mistrzostw. Dzięki temu mogliśmy oglądać loty kilku reprezentacji (w tym japońskiej i francuskiej) z okna salonu.

 

Niestety jak się okazało nam przydzielono inne lotnisko, odległe o 65 km. Nie był to jednak rekord odległości, gdyż kilka ekip dojeżdżało na treningi po 90 km.

W niedziele postanowiliśmy przeprowadzić pierwszy trening. Po godzinnych poszukiwaniach udało nam się odnaleźć właściwe lotnisko. Nasze zdziwienie nie miało granic, kiedy okazało się, że jest ono położone na szczycie 200 metrowej góry, a latamy nad doliną. Doskonale miejsce dla szybowców zboczowych, które dla nas oznaczało ciągłą szarpaninę z zawirowaniami powietrza.

 

 

Tym nie mniej dzielnie trenowaliśmy tam przez kilka dni w międzyczasie zwiedzając kolejne miasteczka.

W środę dotarli do nas Jacek i Piotr, oczywiście w czwartek trenowaliśmy już razem.

W piątek wykonaliśmy oficjalne loty treningowe na lotnisku na którym były rozegrane Mistrzostwa. Trochę przeszkadzał nam deszcz, ale wszystko poszło zgodnie z planem.

Sobota była dniem oficjalnego otwarcia Mistrzostw. Mając świeżo w pamięci poprzednie Mistrzostwa w Dęblinie, spodziewaliśmy się po tej uroczystości trochę więcej. Wtedy zrozumieliśmy co miał na myśli Team Menager zespołu japońskiego, który podczas treningów podszedł do nas, aby jeszcze raz podziękować za organizację Mistrzostw w Dęblinie, mówiąc ze takiej imprezy długo nie będzie.

Zdjęcia otwarcie

 

W niedziele rozgrywamy pierwszą kolejkę lotów. Jacek i ja latamy przed jednym zespołem sędziów, Krzysiek przed innym. Po lotach jesteśmy generalnie zadowoleni. Plasujemy się bowiem w okolicach połowy stawki, co spełnia nasze oczekiwania. Krzysiek po niezłym locie ma niższy wynik, ale jak się okazuje później latał przed najsurowiej oceniającym zespołem sędziów.

     

Nasz dobry humor zdecydowanie popsuł się w poniedziałek. Latamy przy bardzo silnym wietrze, wiejącym dokładnie w poprzek strefy. Do tego jest przeraźliwie zimno.

Przy tym trafiamy na komisje w której prym wiodą zwolennicy wyraźnych autorotacji. Nasze oceniane w innych dniach na 6-7 są w większości punktowane na zero. O wynikach nawet lepiej nie wspominać.

 

Trzeci dzień to znowu fatalna pogoda z jeszcze mocniejszym wiatrem. Jakoś udaje nam się utrzymać w strefie, ale jakość figur pozostawia sporo do życzenia. Tego dnia przekonujemy się jak dosłownie sędziowie potraktowali zalecenia Boba Skinera o utrzymywaniu odległości lotu 140-175 m. Nasze loty wykonane na ok. 130 m są zdecydowanie niżej punktowane. Tego dnia latamy tylko Jacek i ja, bo lot Krzyśka zostaje przełożony na środę ze względu na opady deszczu.

Czwartego dnia wszyscy wykonujemy całkiem przyzwoite loty. Oczywiście chcielibyśmy aby były lepsze, ale biorąc pod uwagę nerwy, które towarzyszą startowi na tak poważnej imprezie nie jest źle.

 

Piątek, który jest dniem przerwy, przynosi nam wyniki lotów eliminacyjnych. Zajmujemy 66 –Jacek, 81 –Krzysiek  i 82 –Piotr miejsca. To sporo gorzej niż zakładaliśmy jadąc do Francji.

Całkiem przyzwoicie plasujemy się zespołowo na 24 z pośród 39 zespołów.

 

Jest to dzień analiz i wniosków na przyszłość.

Po pierwsze trzeba bardzo uważnie obserwować kto i za co dostaje jakie punkty od której komisji. Jak się okazuje przed trzema komisjami warto było latać dość daleko, przed czwartą znacznie bliżej. Również sprawa autorotacji o której wspomniałem wcześniej, mogła być w ten sposób wyłapana.

Po drugie trenować trzeba przy każdej pogodzie, nawet ekstremalnie trudnej.

Więcej uwagi należy zwrócić na elegancję lotu, bo to był często czynnik więcej znaczący niż czysto wykonana figura.

Wypada tu powiedzieć również o roli jaką na ocenę naszych lotów odegrały silniki benzynowe, które jako jedyni używaliśmy (Krzysiek i ja) na mistrzostwach.

Otóż pomimo dużego zainteresowania, które wzbudzały, nie okazały się czynnikiem który nam pomagał. Z zadaniem osiągnięcia tak wysoko punktowanej stałej prędkości podczas całego programu  radzą sobie idealnie tylko silniki elektryczne i Yamady 160. Niewiele w tyle pozostają za nimi OS Maxy EFI. I to już koniec listy napędów, które są w stanie zapewnić właściwą pracę na tym poziomie rywalizacji jakim są Mistrzostwa Świata.

Charakter pracy silnika benzynowego z gaźnikiem Walbro nie zapewnia dostatecznej płynności lotu. Można ją uzyskać tylko na silnikach wyposażonych we wtrysk paliwa. Również inny dźwięk nie robi dobrego wrażenia na sędziach. Tak więc to co okazuje się idealne na treningach i startach krajowych wcale nie musi być atutem na najpoważniejszych imprezach. Trzeba tu dodać, że aby uzyskać tak wspaniałą pracę Yamad zawodnicy stosowali paliwa z nawet 40% dodatkiem nitrometanu.

No cóż, mamy temat do przemyśleń przed następnym sezonem.

 

Następne dni to loty półfinałowe. Oglądamy z wielkim zaciekawieniem wyniki. Okazuje się, że nie ma tu niespodzianek. Pierwszą trzydziestkę można było typować z dużym prawdopodobieństwem jeszcze przed mistrzostwami.

 

Już wtedy wiemy, że tylko pech mógłby odebrać Christophowi Paysant-Le Roux czwarty tytuł Mistrza Świata. Po prostu między nim , a pozostałymi zawodnikami jest różnica klasy.

 

Loty finałowe (10 najlepszych zawodników) to dwa programy F-05 i dwa różne programy nieznane ułożone wieczorem przed lotami. Tu dopiero widać poziom najlepszych pilotów. Bardzo skomplikowane programy, wykonywane są prawie bezbłędnie, bez jakiegokolwiek treningu. Poziom jest tak wyrównany, że błąd typu przekręcenie autorotacji o ¼ obrotu powoduje spadek zawodnika o kilka miejsc. Wyniki finału są zgodne z naszymi odczuciami. CPLR, trochę poniżej Onda i za nimi reszta dziesiątki, której poziom jest już bardzo wyrównany.

Trzeba tu jeszcze powiedzieć kilka słów o pracy naszego sędziego p. Zygmunta Janeckiego. Nasze wszelkie obawy jak poradzi on sobie z sędziowaniem tak wielkiej imprezy z udziałem czołowych zawodników w których lotach są tylko minimalne błędy, okazały się bezpodstawne. Wyniki p. Zygmunta były zazwyczaj zbliżone do wyniku średniego, a system analizy pracy sędziów wykazał jego skuteczność na poziomie 96% co było bardzo dobrym wynikiem. Serdecznie gratulujemy i mamy nadzieję, że część doświadczeń zdobytych na Mistrzostwach zostanie przekazana pozostałym polskim sędziom.

 

Sobota to poza lotami finałowymi dzień zakończenia Mistrzostw. Ceremonia końcowa, dość krótka i niezbyt okazała znów nasuwa porównania do Dęblina z przed dwóch lat.

Bezpośrednio po zakończeniu wsiadamy do naszego Vito i rozpoczynamy podróż powrotną. W jej trakcie robimy przerwę na zwiedzanie muzeum techniki w Speyer w Niemczech. Robi ono duże wrażenie, a ciekawych eksponatów jest tyle, że nasza wizyta tam przeciąga się o dobrych kilka godzin.